Wielka Brytania

Najwyższy szczyt w Wielkiej Brytanii to szkocki Ben Nevis o wysokości 1344 m n.p.m., leżący w paśmie gór Grampian.

Jakby ktoś był jednak dociekliwy, to najwyższym szczytem Anglii jest Scafel Pike (978 m n.p.m), a Walii Snowdon (1085 m n.p.m.) . Brytyjczycy maja nawet coś takiego jak „Three Peaks Challenge” – trzeba zdobyć te trzy szczyty w ciągu 24 godzin. Wyzwanie zarówno kondycyjne, jak i logistyczne, jak mam być szczery to u mnie ziarenko gdzieś tam kiełkuje i kto wie, kto wie…

Szczyt zdobywam 19.07.2010 r. w trakcie objazdówki po Szkocji, którą robiliśmy 7-mio osobową ekipą wynajętym vanem. Dzień wcześniej dojeżdżamy do Fort Wiliam, gdzie lokujemy się na znajdującym się u podnóża Nevisa polu namiotowym o nazwie „Glen Nevis”. Rozbijamy namioty i zaganiam ekipę „zdobywców” (nie cały nasz skład chce wchodzić) do spania, bo nauczony górskim doświadczeniem wiem, że im wcześniej się wystartuje, tym lepiej.

Rano mży, ale co tam, zbieramy się, przecież spróbować trzeba. Ruszamy w składzie ja, Kirszniok (Arek), Silvanel (Artur), Aust (Tomek) i Ijon (Borys). Szlak w zasadzie prowadzi już od pola namiotowego, a że nawet mam mapę (kupioną kilka dni wcześniej w Szkocji), to zupełnie nie ma problemu z odnalezieniem szlaku, czyli „Ben Nevis path” – kierunkowskazów jest sporo i bezproblemowo wskazują właściwą stronę. Szkoda tylko że wciąż jak nie mży to pada, a nawet jak na chwilę przestaje to i tak jest brzydko. Ścieżka na Nevisa jest dobrze utrzymana, nawet w trakcie jak idziemy trwają jakieś prace remontowe. W zasadzie całe wejście polega na dość mozolnym zdobywaniu wysokości, głównie zakosami. Pierwszy postój robimy przy jeziorze Lochan Meall, gdzie jest pierwsze wypłaszczenie. Wkrótce potem, gdy ruszamy dalej, odpada niestety jeden z nas – Ijona łapią skurcze i decyduje się zawrócić (bardzo rozsądnie zresztą). Droga nadal wygląda tak samo – dżdżysto, mgliście, krok za krokiem w górę. Gdy kryzys ma Silvanel decyduję się oddać mu swoje kijki trekkingowe (jako jedyny tachałem je z Polski) i nagle jakby to były jakieś „kije + 10 do szybkości” – on nagle odzyskuje siły, a ja tracę 😉 Ale to już całkiem blisko do szerokiego szczytowego plateau. Tam (według opisów) we mgle trzeba szczególnie uważać, bo można trafić nad urwisko. Fakt, to wcale nie takie trudne byłoby, ale wystarczy poruszać się od jednego do drugiego usypanego kopczyka. Jest! Dotarliśmy w czwórkę! Na szczycie są ruiny obserwatorium astronomicznego oraz obelisk. Focimy i w sumie nie ma co dalej siedzieć – zimno, nic nie widać, pora w dół. Przy schodzeniu pogoda zaczyna się poprawiać… chmury powoli się rozwiewają… robi się cieplej… Z naprzeciwka też jakby coraz więcej ludzi ciśnie do góry… No nie wchodziliśmy co prawda sami, ale aż tylu chętnych nie było. Tajemnica rozwiązuje się przy recepcji pola (gdzie swoją drogą wczoraj byliśmy płacąc za namioty) – otóż jest tam kartka z wielkim napisem „Uwaga! Turysto! Jak chcesz wchodzić na Ben Nevis, zalecamy wyruszyć w godzinach popołudniowych! Bo rano zazwyczaj leje, a popołudniu zazwyczaj jest ładnie!” taaa… 🙂 Napis oczywiście po angielskiemu i innej treści, ale taki jego sens 🙂 To tyle z doświadczeń, wstawania rano żeby mieć zapas czasu i innych takich 🙂 Ponieważ na polu mamy jeszcze jeden nocleg, do samego wieczora można obserwować ludzików wchodzących i schodzących – mniej więcej od 13 utrzymywała się całkiem fajna pogoda, a szaro-jasno było do 22… Taki to jest ten Ben Nevis – inny niż wszystkie góry.

Dla mnie ma dodatkowo szczególne znaczenie – jest to pierwszy szczyt zdobyty „świadomie” do Korony Europy. Już przed wycieczką zapowiedziałem ekipie, że chcę tam wejść i to właśnie dlatego, że to najwyższy, koronny szczyt Wielkiej Brytanii. Przedtem miałem „zaliczone” Śnieżkę i Rysy, ale nieświadomie że do korony – tu już tak. Zatem w pewnym sensie to tam wszystko się zaczęło… tyle że bez kremówek 😉

AKTUALIZACJA lipiec 2017 – no i cóż, wykrakałem 😉 wracam na Ben Nevis w ramach Three Peaks Challenge, wciągnięty przez moich przyjaciół Lucynę i Mike’a. Zaczynamy od Ben Nevisa w sobotę 22.07 o 15.45, potem Sacfell Pike (początek około drugiej w nocy) oraz Snowdon (początek koło 11.0). Co mogę powiedzieć – udało się! Lucyna i Mike piękny łączny czas 22.35, ja też powodu do wstydu nie mam – 22.56 🙂 Wyzwanie jest ciekawe, wydatnie pomogło dobre przygotowanie logistyczne – mieliśmy niezmęczonego kierowcę (Steve, brat Mike’a), no i dobrze rozplanowaną sobotnią godzinę rozpoczęcia. Na Scafell zwłaszcza było widać, że jest to popularne wyzwanie, bo sporo ekip wchodziło mniej-więcej równolegle w nocy. Pochwalę się, że większość zgłoszonych ekip miała gorsze czasy, zresztą większość nie zdążyła w 24 godziny – część przez kondycję, część przez kłopoty na drogach. A my w komplecie nawet poniżej 23, a nie 24 godzin – miło 🙂

PORADY (stan wiedzy na lipiec 2017 – po drugim wejściu)

Naprawdę, warto posłuchać miejscowych i wyruszyć na szczyt grubo po 12. Sama trasa dobrze oznaczona, trekking wymagający jednak pewnej kondycji – przewyższenia jest ok. 1200 metrów, a tam i z powrotem jak nic z 7 godzin trzeba liczyć. (UPGRADE – wejście i zejście w ramach Three Peaks Challenge zajęło nam łącznie 4.50, no ale tu nam zależało na czasie. Niemniej da się 😉 )Mapa z której korzystałem to „Ordnance Survey Landranger Map” numer 41 (ta seria map pokrywa całą Szkocję, są dość łatwo dostępne, a numer 41 to właśnie kwadracik z Nevisem). Z mapy wynika że jest inny szlak, ale i tak dołącza na pewnym etapie do tego „podstawowego”. Polecam też nocleg na polu namiotowym Glen Nevis tuż przy Fort William – pole duże, bardzo zadbane, z opcjami na namioty, campery, są domki „holenderskie” do wynajęcia, infrastruktura super – z tego co kojarzę kilka razy wygrali nagrodę w stylu „pole namiotowe roku”, zresztą moim zdaniem zasłużenie, w trakcie naszej wyprawy spaliśmy pod namiotami i to pole było zdecydowanie najlepsze pod względem infrastruktury i organizacji. W samym Fort William tez nie powinno być problemu ze znalezieniem noclegu w innych niż pole namiotowe warunkach.

Na koniec porada ogólna, ale wymyślona akurat przy okazji tamtej szkockiej objazdówki – jechaliśmy w 7 osób i to, jak wiadomo, rodzi potencjalne konflikty co do obiektów wartych zwiedzania. Takie Sterling czy Edynburg to każdy chce zobaczyć, ale potem już bywa różnie. Demokracja fajna rzecz, ale… wymyśliłem coś, co roboczo nazwałem „karta i want to see”. Jak to działa? Otóż raz na wycieczkę (czy to w Polsce przy planowaniu, czy już w trakcie) uczestnik może „użyć” karty i powiedzieć „i want to see” – i już, bez dyskusji cała grupa się podporządkowuje, resztę tematów załatwiając demokratycznymi głosowaniami. Zalecam, wypróbowane – naprawdę działa. Dzięki temu zobaczyłem np. ciekawą śluzę i fajny mikrobrowar, a i co niektórzy przez to weszli na Ben Nevisa! „N” – pamiętacie chłopaki? 🙂

Zdjęcia kiepskie niestety, bo i pogoda, prawda, kiepska była tego poranka. (ale z lipca 2017 już lepsze)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*