Kosowo

Kosowo ogłosiło swoją niepodległość w 2008 r. W świetle prawa międzynarodowego jest to jednak tzw. „terytorium sporne”. Co oczywiste niepodległości Kosowa nie uznaje Serbia traktując je wciąż jak część swojego państwa. Uznawane jest przez 105 ze 193 państw członkowskich ONZ, a z krajów Unii Europejskiej nie uznają Kosowa Hiszpania, Cypr i Rumunia, a dwa (Grecja i Słowacja) nie zajęły stanowiska. Co to ma wspólnego z Koroną Europy? Ano to, że Djeravica (także: Deravica, Gjeravica) – szczyt o wysokości 2.656 m n.p.m. leżący w Górach Dynarskich jest najwyższym szczytem Kosowa, a w przypadku nieuznawania Kosowa jest najwyższym szczytem Serbii. Wejść zatem trzeba tak czy tak.

Szczyt zdobywam 15.08.2015 r. w trakcie podróży po Bałkanach wspólnie z Magdą i Cieniem (Bartkiem) – oni jednak na szczyt się nie wybierają, co ustalaliśmy jeszcze w Polsce. O świcie ruszamy autem – nie mam żadnej mapy, jestem uzbrojony w wiedzę z internetu, mam też wbite koordynatyw zegarek Suunto i wyznaczona przez niego orientacyjną trasę. W miejscowości Decan należy się kierować znakami na monastyr (Manastyr Decani). Jest pry drodze po prawej stronie, a na samej drodze w tym właśnie miejscu jest posterunek sił KFOR. Żołnierz jednak tylko omiata wzrokiem samochód,nie ma żadnej kontroli. Następnie cały czas jedziemy tą drogą – asfalt najpierw jest coraz gorszej jakości, a potem zmienia się w drogę polną – wiem jednak, że musimy tą drogą jechać „aż do zapory”. Droga niestety jest rozkopana – trwają prace które pewnie podniosą jej jakość, ale nam powodują wiele problemów. W pewnym punkcie drogi jest coś ala zajazd-pensjonat Kalaja e Decanit, początkowo najpierw stamtąd chcę startować widząc jakość dalszej drogi, ale potem jednak decydujemy się jechać dalej. W końcu docieramy do znanej z internetowego opisu „tamy” – droga wówczas skręca w lewo, jest tam też niewielki pensjonat. Jednak na cały ten dojazd z Decani tracimy jakieś 1,5 godziny, więc czas goni. Magda i Cień rozwieszają hamak i szykują się do chilloutu, a ja ruszam dalej drogą, która zaczyna się wspinać zakosami. Po jakichś 20 minutach słyszę za sobą samochód – jedzie dżip, więc go zatrzymuję pytając się czy w ogóle dobrze idę. Okazuje się że mam przeogromne szczęście – w dżipie siedzi kierowca (kosowar mieszkający na stałe w Szwajcarii) oraz dwóch chłopaków, jeden to Veli, a drugi Sead. Chłopaki mówią po angielsku lepiej niż ja. Robią duże oczy – zasadniczo idę dobrze, ale to jeszcze kawał drogi, ale… oni też jadą zdobyć szczyt! Rewelacja. Z ochotą mnie zabierają, jedziemy rozmawiając sobie, oni na szczęście mają lepszą orientację w terenie niż ja – mapy też nie mają, bo jak mówią w ogóle takich map nie ma do kupienia, ale mają gps-a, a poza tym na jednej z okolicznych gór byli już w zeszłym roku. W pewnym momencie skręcamy z naszej leśnej drogi „w lewo” i rozpoczynamy wspinaczkę dżipem. Brak było jakiegokolwiek oznaczenia, nie była to też pierwsza odnoga – zatem sam nie wiem, czy w ogóle bym w to wcelował…. Po zrobieniu już sporej wysokości (wjechaliśmy na jakieś 1500 m, może nawet i wyżej) zostawiamy samochód i idziemy wszyscy w czwórkę na szlak (kierowca – wujek też, jak się okazuje w Szwajcarii chodzi po Alpach i w zasadzie to on chłopaków zaraził turystyką górską). Po kilkunastu minutach, już ponad granicą drzew docieramy do niewielkiego przysiółka pasterzy – moi towarzysze coś tam rozmawiają i ustalają „gdzie dalej”. Szlak dalej nie ma żadnych oznaczeń, jedynie jest wydeptany – no ale trzeba wiedzieć którą dokładnie ścieżką iść. W dodatku klęka mi zegarek, bo zapomniałem go naładować… naprawdę, więcej szczęścia niż rozumu z tym spotkaniem 🙂 Góry Dynarskie, a zwłaszcza ta ich część (Prokletije, czyli Góry Przeklęte) są bardzo urokliwe, widoczki naokoło przepiękne. Veli i Sead bardzo często robią sobie foty, aż się z „wujkiem” uśmiechamy pod nosami na straty czasu (nie pamiętam jego imienia, konwersacja też szła średnio bo on po angielsku nie bardzo, a ja po niemiecku też ledwo-ledwo). Szlak od przysiółka wspina się dość łagodnie i wchodzi w dolinkę, w której jest jeziorko – a od jeziorka powinno się odbić „w lewo”, wejść na grzbiet skąd już widać szczyt Djeravicy. Niestety, pogoda gwałtownie się psuje i dopada nas deszcz z burzą. Miło nie jest – burza co prawda w niedługim czasie przenosi się dalej, ale deszcz wciąż pada. Czas mija, a my nadal stoimy, widzę że morale im opada, a ja napalony żeby chociaż w deszczu spróbować – no ale sam teraz nie pójdę, bo bez dżipa mogę nie trafić w drogę powrotną… W końcu jednak udaje mi się ich przekonać pokazując na niewielkie rozjaśnienia po stronie gór, gdzie jest szczyt. Ruszam z kopyta, za mną „wujek”, chłopaki trochę zostają, no bo przecież skoro się trochę przejaśniło to… zdjęcia 😉 Burczę pod nosem ale napieram dalej – Djeravica z grzbietu jest już widoczna, ale jeszcze z godzina do szczytu jak nic. Idzie się takim półokrągłym grzbietowym trawersem, a potem wystaje już sam „trójkącik” szczytowy z ostrzejszym podejściem – gdy je rozpoczynam jak chłopaki mnie wołają. Noż k…. klnę pod nosem, ale zawracam. Gadamy w czwórkę – rzeczywiście, znów jest ciemno i niewesoło, cała trójka ma nietęgie miny, mi też nie do śmiechu, no ale jesteśmy tuż tuż! Mówię więc „ej, to już tu zaraz – zrzucamy plecaki i zapierdzielamy w obie strony ile fabryka dała, teraz to już grzech nie spróbować”. Dają się przekonać (inna sprawa czy moja decyzja była do końca rozsądna – powiedzmy tak pół na pół). Ruszam jak samolocik i pierwszy osiągam szczyt, czarna chmura niemal na nim leży, więc po obowiązkowej fotce i jak najszybciej zbiegam w dół. Na szczycie znajduje się kamienny obelisk, schodząc patrzę i oczom nie wierzę – chłopaki wcześniej bojąc się w ogóle ruszyć teraz stają na tym obelisku i fota za fotą 🙂 Eh 🙂 Egoistycznie śmieję się w duchu, że przynajmniej pieprznie w nich, a nie we mnie 🙂 Jednak nic się nie stało. Ubieramy plecaki i rozpoczynamy zejście, od czasu do czasu zaliczając deszczyk. Wszyscy jesteśmy zadowoleni, że się udało. Mijając przysiółek docieramy do samochodu i zjeżdżamy w dół. Przy miejscu gdzie jest nasze auto zapraszam trójkę na piwko, siedzimy sobie wszyscy jeszcze z Cieniem i Magdą, chłopaki sprzedają nam namiar na fajne miejsce w Albanii, gdzie decydujemy się później jechać. Z Velim i Seadem wymieniam się kontaktami, może nawet uda się gdzieś kiedyś pójść razem, luźno umawiamy się np. na albańsko/macedoński Korab w przyszłości. Pożegnanie, dżip rusza dalej, ja załatwiam sobie z właścicielem knajpki możliwość prysznica. Mam satysfakcję ze zdobycia szczytu, ale jednocześnie świadomość, że gdyby nie spotkanie, byłoby ciężko. Droga powrotna do Decan znów się ślimaczy, ale udaje się dojechać i ruszamy dalej na Bałkany.

PORADY (stan wiedzy na sierpień 2015)

Szlak nie jest w żaden sposób oznakowany, tak naprawdę nie jestem pewien, czy trafiłbym z powrotem do tego konkretnego przysiółka pasterskiego. Po rozmowach z Velim i Seadem wiem też, że nie ma co liczyć na jakiekolwiek mapy czy przewodniki – do czasu ogłoszenia niepodległości (czyli do 2008) była to strefa zmilitaryzowana, chodzenie po tych górach było zabronione (bo blisko granice albańska i czarnogórska), a i obecnie nie jest to popularne hobby, a raczej niszowe. Veli jest członkiem jakiegoś towarzystwa górskiego w Prisztinie i pewnie w razie potrzeby mógłby pomóc. Na pewno idąc tam trzeba mieć dobrze rozpracowaną trasę w dobrym gps. Od tej „tamy” na szczyt i z powrotem dałoby się na chama dojść w jeden dzień, ale raz trzeba wiedzieć gdzie iść, dwa to może zająć z 12 godzin – lepiej więc albo rozważyć jakiś nocleg w namiocie albo zorganizowanie samochodu terenowego. Nie mam pojęcia, co bym zrobił, gdybym ich na trasie nie spotkał – pewnie z podkulonym ogonem trzebaby było zawracać, bo moi polscy towarzysze by się niepokolili. Na pewno można też zorganizować sobie nocleg w okolicach tej „tamy” – czy to w pokoju, czy pod namiotem. Na szczyt prowadzi też inna droga, od miejscowości Junik, znam jedną osobę która tamtędy weszła, ale też z noclegiem w namiocie. Na pewno nie jest to łatwa logistycznie góra, no i kawał wysokości też trzeba pokonać.

Samo Kosowo to kraj biedny, choć bezpieczny. Do wjazdu oczywiście potrzebny paszport, dodatkowo wjeżdżając samochodem trzeba wykupić specjalne ubezpieczenie, odpowiednik zielonej karty (jest to obowiązkowe, „normalnej” zielonej karty nie honorują) – koszt 15 euro, ważne 10 dni. Z tego co mi wiadomo (ale nie sprawdzałem tego na własnym przykładzie) lepiej nie wjeżdżać do Serbii od strony Kosowa – ze względów politycznych Serbowie mogą zarzucić, że znalazłeś się na serbskiej ziemi nielegalnie, (w sensie wjechałeś np. od Macedonii do Kosowa, to wg Serbów już jesteś w Serbii a nie przeszedłeś „ichniej” kontroli granicznej). Na pewno kiedyś to był realny problem, AKTUALIZACJA (czerwiec 2017) – przejechaliśmy bez problemu stosując trick – pogranicznikom kosowskim pokazuje się paszport a serbskim dowód, nie mogą się przyczepić bo mamy taką umowę. Problemów nie było (poza długim staniem na granicy)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*