Islandia

Najwyższym szczytem Islandii jest Hvannadalshnúkur (przy okazji, to chyba najtrudniejsza nazwa w całej koronie). Jego wysokość to 2.110 m n.p.m. Jest to tzw. nunatak – czyli szczyt otoczony zewsząd przez lodowiec. A że tym konkretnym lodowcem jest Vatnajökull, czyli największy lodowiec w Europie, to tym milej 😉

Przygodę ze szczytem rozpoczynam w piątek 28.04.2017, gdy wspólnie z kolegą Siwym (Mariuszem) wsiadamy do samolotu z Katowic do Keflaviku. Siwy ma mi towarzyszyć na Islandii, góry nie planuje, za to już na miejsce ma dolecieć kolega Adrian, który również robi koronę i z którym jesteśmy umówieni na szczyt. Już jednak pierwszy etap rzuca kłody…. nasz wizzair nie dolatuje do Islandii, część pasażerów (w tym ja) wysiada w Glasgow, część (w tym Siwy) wraca do Katowic. Wizzair zostawia nas samym sobie, nie załatwia żadnego innego lotu na Islandię. Udaje mi się załatwić lot dopiero na niedzielę 30.04. Szczęście w nieszczęściu takie, że w sobotę jak na zamówienie w Glasgow odbywają się Old Firm Derby, czyli mecz Glasgow Rangers-Celtic Glasgow, z czego korzystam odwiedzając Ibrox Park.

W poniedziałek 1.05 odbieram Adriana (doleciał bez przeszkód) i ciśniemy wynajętym samochodem pod górę, bo na wtorek mamy zaplanowany atak z przewodnikiem. Pod górą w Skaftafell jednak kolejna kłoda – w biurze przewodnickim dowiadujemy się, że warunki na wtorkowe wejście nie pozwalają. Prawdopodobnie jednak uda się podjąć próbę w środę – dobre i to, mieliśmy ten dzień w rezerwie. We wtorek zatem zwiedzamy okolicę, wybieramy się także na ponadgodzinne przejście pod lodowiec. Po południu znów spotkanie w Skaftafell – prognozy na szczęście dobre, można iść, w ciągu dnia ponadto będzie coraz lepiej. Poznajemy naszego przewodnika Mike’a, ponadto pójdzie z nami jeszcze „uczący się” Pete – fajnie, daje to więcej opcji. Mike tłumaczy nam przebieg jutrzejszej trasy posługując się rysunkiem – ciekawe to, można sobie w głowie conieco ułożyć 😉 rozdaje nam też sprzęt i umawiamy się na 3.45 w Skaftafell, skąd pojedziemy pod początek szlaku – w miejsce zwane Sandfell. Razem z nami zacznie też druga grupa – Polacy, a jakże 😉

W środę trzeciego maja stawiamy się zwarci i gotowi w wyznaczonym miejscu. Jest już szaro i co ważne – nie wieje. Ruszamy do Sandfell i wchodzimy na szlak, niedługo po nas rusza druga grupa. Szlak początkowo dość ostro wspina się w górę. Na wysokości ok. 400 m jest pierwszy postój, jest to też ostatnie miejsce gdzie jest dostępna woda (ze strumyka). Wchodzimy dalej, pod nogami zaczyna się taki charakterystyczny wulkaniczny „czarny piach”, niezbyt wygodnie się po tym idzie. Na wysokości 750 m jest punkt, w którym jeszcze „wycieczka” może się rozdzielić – tzn. wyżej zawracają już albo wszyscy, albo wszyscy idą do góry, stąd jeszcze przewodnik może kogoś samotnego „odesłać w dół”. Nieco wyżej zaczyna się śnieg – nie jest go dużo, ale jest grząski i trzeba w nim brnąć tak po kostki, momentami po łydki. Kolejny przystanek przy skale na wysokości ok. 1100 m – tu już zaczyna się lodowiec. Spinamy się liną, a na nogi wędrują rakiety śnieżne. Mike idzie na czele wypatrując szczelin. Widoczność jest bardzo kiepska, wszędzie naokoło biało i przypominają mi się komiksy z dzieciństwa – te kratki, w których „dla jaj” rysownik niby wygumował tło i postać stoi „nigdzie” ;). Ten odcinek trwa dość długo, bardzo mozolnie się posuwamy i zdobywamy wysokość. Wreszcie (na wysokości jakichś 1800-1900 m) Mike oznajmia, że doszliśmy na rozciągające się pod szczytem bardzo szerokie plateau. Z wczorajszej relacji wynika, że pod ostatnie podejście mamy jeszcze jakieś 40 minut, a potem już atak szczytowy. Widoczność jednak wciąż kiepska i po plateau poruszamy się mocno na czuja, kierując się gps-ami. Wreszcie stajemy – jesteśmy już niby blisko szczytu, co i mój sprzęt potwierdza. Czas na zamianę rakiet na raki. A tu nagle, jak na zawołanie… przejaśnia się! Powoli z mgły wyłania się wierzchołek – rzeczywiście, jest blisko, ale jeszcze sporo wysiłku przed nami. Ale to już tuż, tuż i musi się udać! Ubieramy raki i zaczynamy wchodzić stokiem. Adrian ma kłopoty – coraz częściej musi przystanąć i złapać oddech, ale wciąż powolutku idziemy w górę. Przekraczamy dwie dość głębokie szczeliny, potem już zostaje tylko przejście grzbietem w najwyższy punkt, mijamy schodzącą grupkę rodaków, gratulujemy i… tak! udało się 🙂 Dach Islandii zaliczony. Widoczność znacznie się polepszyła i można nacieszyć oczy widokiem ogromnego białego lodowca i wystających z niego gdzieniegdzie szczytów. Na górze chłopaki zmieniają kolejność, teraz jako pierwszy idzie Pete. Zejście przebiega dość ostrożnie, choć poślizgnięcie raczej nie spowodowałoby większych obrażeń niż ewentualne drobne potłuczenia – skał nie ma, a teren pod nami sam się wypłaszcza, no ale lepiej jednak nie zjechać. Ubieramy znów rakiety i zaczynamy odwrót – w jakże innej scenerii. Przede wszystkim teraz dobrze widać, jak bardzo przy podchodzeniu kluczyliśmy, szukając miejsca gdzie jest szczyt. Słonko też odsłoniło się już na dobre i filtr (z którego sensu zabrania jeszcze pod początkiem lodowca żartowaliśmy z drugą grupą) się przydaje. Na plateau tym razem ja mam mały kryzys kondycyjny, ale po krótkim postoju i żelu energetycznym przechodzi. Schodzimy szczęśliwi że to już za nami. Gadam z chłopakami – Mike jest Amerykaninem z Seattle, a Pete Irlandczykiem z okolic Belfastu – i takie towarzystwo wprowadza człowieka na szczyt Islandii 🙂 Obaj bardzo przyjaźni i profesjonalni, bardzo przyjemnie się w ich towarzystwie wchodziło. Całość drogi zajęła nam dokładnie 12 godzin i 25 minut.  A po zdobyciu szczytu szalona droga na lotnisko w Keflaviku zakończona sukcesem – zdążyłem na swój samolot (nie bez pomocy wizzaira i jego opóźnienia 😉 ). Zatem – wszystko dobre, co się dobrze kończy. Żałuję tylko, że tak naprawdę z samej Islandii nie zobaczyłem praktycznie nic, a plany były dużo bogatsze. Cóż, najważniejszy cel został osiągnięty, nie ma co marudzić 🙂

PORADY (stan wiedzy na maj 2017)

  1. Góra jest bardzo wymagająca kondycyjnie. To niby 13 kilometrów w jedną stronę, ale i przewyższenie, i lodowiec, i potencjalne szczeliny (my nie wpadliśmy, ale w drugiej grupie jednego chłopaka trzeba było wyciągać). Naprawdę, zajmie sporo czasu. W bardziej sprzyjających warunkach może (może!) udałoby się nam urwać max godzinę, ale raczej szliśmy nieźle.
  2. Warto na górę zarezerwować więcej czasu – pogoda jest bardzo kapryśna. Grupa która wchodziła równolegle czekała na warunki od soboty… Zatem nie ma co liczyć na to, że Hvanna da się zdobyć w konkretny zaplanowany wcześniej dzień. Może tak, raczej nie.
  3. Przewodnik – nie jest to tania sprawa, ale moim zdaniem warto. Szlak nie jest w żaden sposób oznaczony (trudno zresztą żeby był) i trzeba iść na koordynaty, co przy złej pogodzie jest trudne. poza tym zapewniają cały sprzęt, więc odpada koszt jego transportu z Polski. Większość (lina, uprząż, raki, kijki, rakiety) jest w cenie usługi, ale mają na stanie nawet buty, choć już za opłatą. Możliwe bez przewodnika? Owszem, jak wszystko, ale IMO lepiej nie ryzykować. Stanowczo natomiast odradzam wycieczkę samotną – szczelina może spowodować sporo kłopotu…. raczej nie takiego by wpaść i nigdy nie wyjść, ale można na długo utknąć. Istnieje sposób by nieco przyoszczędzić na przewodniku – jeśli ktoś zainteresowany proszę o kontakt, powiem co i jak.
  4. Noclegi – w samym Skaftafell jest pole namiotowe i hotel o takiej samej nazwie. Pole dobrze utrzymane, hotel bardzo fajny i przyzwyczajony do dziwactw (bez problemu o 3 rano dostaliśmy śniadanie). Minus to oczywiście, jak wszędzie na Islandii, cena.
  5. Transport – na publiczny ciężko liczyć, jeździ tam jeden autobus dziennie, nr 51, można zobaczyć rozkład na stronie straeto.is. Raczej jednak trzeba się jednak liczyć z koniecznością wynajmu samochodu.
  6. Waluta – islandzkie korony trudno kupić w Polsce. Ja zaryzykowałem i wziąłem złotówki – bez problemu wymieniłem na lotnisku. Praktycznie w każdym miejscu można też płacić kartą
  7. Jeżeli macie swój samochód, podjedźcie sami na początek szlaku. My tego nie zrobiliśmy, podjechaliśmy ze Skaftafell „przewodnickim” busem i po zejściu czekaliśmy około godziny, aż nas zgarnie…