Portugalia

Najwyższy szczyt Portugalii nie znajduje się na kontynencie, lecz na atlantyckim archipelagu Azorów. Jest to wygasły wulkan o wysokości 2.351 m n.p.m., położony na wyspie Pico, nosi nazwę Ponta du Pico lub (tak jak wyspa) po prostu Pico.

Szczyt zdobywam 07.11.2014 r. wspólnie z kolegą Siwym (Mariuszem). Nie mamy mapy, jednak opisy internetowe są dość dokładne, informacje potwierdzamy też w hotelowej recepcji. Najpierw rankiem odbijamy w wąską asfaltową drogę kiepskiej jakości, która prowadzi pod „Casa da Montanha” – rodzaj schroniska położonego na samym końcu tejże drogi. Obok budynku jest parking i stamtąd zaczyna się ten „podstawowy” szlak na szczyt. Budynek jest zamknięty – pewnie z powodu tego, że listopad to już po sezonie, no i jest piątek a nie weekend. Szkoda, bo czytałem że zwykle jest otwarty, trzeba „zameldować” chęć zdobycia szczytu i obejrzeć wielce pouczający filmik o zachowaniu w górach – mnie ta atrakcja jednak mija. Pogoda taka sobie, przy schronisku niebo jest zaciągnięte i zapowiada się na deszcz. Siwy trochę marudzi (już w Polsce było powiedziane, że może pójdzie, może nie), ostatecznie jednak rusza ze mną. Szlak początkowo prowadzi przez coś, co można by nazwać kosówką, choć to bardziej rośliny niż krzaki. Ścieżka może nie jest najwyraźniejsza, ale da się spokojnie odnaleźć drogę – jest znakowana jakby naszym „czerwonym szlakiem”, oznaczenia znajdują się na słupkach, czasem też są porobione kamienne kopczyki. Dość szybko, bo już po niecałej godzinie przebijamy się nad chmurę i robi się zupełnie inaczej – słoneczko ładnie świeci, a złe warunki zostały pod nami. Siwy (ja zresztą też) wyraźnie weseleje. Dodatkowo trafia się atrakcja – widać „widmo Brokenu” 🙂 Dla niewtajemniczonych to zjawisko polegające na tym, że na chmurze poniżej nas pokazuje się sylwetka otoczona tęczowym otokiem-aureolą. Mijamy parę bodaj Niemców, wiemy też że przed nami idzie na pewno co najmniej jedna osoba. Szlak momentami nie jest już dobrze widoczny, a także miejscami wymaga używania rąk, no i trzeba się dobrze przypatrywać gdzie jest kolejny słupek, bo na pumeksowej skale nie widać już, którędy dokładnie trzeba iść. Potem jednak, już pod wygasłym kraterem trawersuje go ścieżką. Już niemal na krawędzi krateru pokazuje się sam czubek – jest to taki wypiętrzony stożko-cycek wystający się ze ściany krateru. No i tu mały kłopot – szlak kończy się na kraterze i nijak nie wiadomo jak tu wejść na górę, a to wcale przyjaźnie nie wygląda…. ja wiadomo-muszę, Siwy generalnie decyduje że zostaje i poczeka. Idę starając się wypatrzeć gdzie najlepiej zacząć, widzę też jak jeden chłopak próbuje wejść. Już samo dojście jest nieprzyjemne – malutkie kamyczki się obsuwają i bardzo męczą. Jestem już coraz bliżej, wciąż jednak nie bardzo mając pomysł którędy się wspinać – jednak na całe szczęście z góry krzyczy po angielsku do mnie ten chłopak „nie idź tam gdzie ja! Zrobiłem błąd, teraz widzę gdzie najlepiej” i kieruje mnie w odpowiedni fragment. Rzeczywiście, trafiam na komin – dalej za przyjaźnie nie jest, ale już wiem co i jak. Wspinaczka trwa może jakieś 10 minut, co ciekawe – skała jest ciepła, widać że ten wulkan tak całkiem to jeszcze ostatniego słowa nie powiedział. Aż się pocę, bo i emocje, i to ciepło bijące na całej drodze. W końcu docieram! Jestem na dachu Portugalii! Dziękuję chłopakowi za pomoc, jest Włochem, imienia nie zapamiętałem. Po jakichś kolejnych 10 minutach słyszę dźwięki – a jakże, Siwy! Też dotarł – mówi że w momencie jak ze szczytu dostałem podpowiedzi, to się zdecydował. Widok z Pico jest urokliwy i niespotykany – naokoło biel chmur i dwa błękity – nieba i oceanu. Trzeba jednak wracać – schodzimy tak samo, najpierw kominkiem (swoją drogą przydałyby się tam chociaż jakieś znaczki, że tędy, a i ze dwa-trzy ułatwienia by nie zaszkodziły), potem wzdłuż krateru i w dół, do auta. Schronisko nadal zamknięte – a szkoda, przydałaby się jakaś pamiątka. Portugalia zaliczona 🙂

PORADY (stan wiedzy na listopad 2014)

Szlak od „Casa da Montanha” jest oznakowany przyzwoicie, w niektórych miejscach mogłoby być lepiej, ale w zasadzie cały czas mniej-więcej wiadomo gdzie trzeba iść – w górę i tyle 😉 Całość zajęła nam ok. 6-ciu godzin. Z opisów które czytałem że trudność to „Tatry Zachodnie” – nie zgodzę się, w mojej ocenie jest gorzej, niewiele ale gorzej, no i przede wszystkim nie ma żadnych sztucznych ułatwień. Sam ten cycek szczytowy na pewno nie jest prosty, wymaga jednak conieco umiejętności tym bardziej, że nie wiadomo jak iść. Ale bez demonizowania, jak ktoś chodzi szlakami po Tatrach Wysokich to spokojnie da radę, na pewno nie jest to Orla Perć 😉 ale też nie sam trekking.

Dojazd jest dobrze oznakowany, z drogi EN3 prowadzącej z Madaleny przez środek wyspy trzeba zjechać za znakiem „Casa da Montanha”, zresztą te znaki o ile pamiętam są też wcześniej. Dojazd możliwy albo wynajętym samochodem (my tak zrobiliśmy zwiedzając potem jeszcze całą wyspę), albo taksówką. Transport publiczny z tego co kojarzę dojeżdża jedynie do miejsca odbicia-skrętu, a stamtąd to jeszcze kawał drogi do początku szlaku.

Na wyspie Pico jest małe lotnisko, ale lądują tam tylko niewielkie samoloty. My takim dolecieliśmy – linia Sata o jakże optymistycznym sloganie „Atlantic and you” 🙂 Możliwe jest też dopłynięcie promem, ale w listopadzie te promy już nie kursują, więc samolot był jedyną opcją. Z Polski dostaliśmy się aż trzema lotami – z Warszawy do Lizbony, z Lizbony na wyspę Terceira (tu jeszcze latają „normalne” linie, my dotarliśmy TAP-em), no i na Pico.

Kursował tylko prom z Pico na sąsiednią wyspę Faial – polecam, zwłaszcza Hortę, czyli mekkę żeglarzy z nabrzeżem, gdzie każdy jacht zostawia swój malunek. Nie mieliśmy problemów z noclegami, ale wszelkie azorskie atrakcje były niedostępne, bo listopad jest już poza sezonem. Góra jednak spokojnie do zdobycia w tym okresie, a brak rzesz turystów ma swoje plusy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*